Anna Skwarek – Autorka

To już za chwilę dwa lata pisania dla Was na blogu! Zaczęło się 14.03.2018 (tak, tak, pamiętam ten emocjonujący dzień i wielkie nadzieje związane z samym faktem publikowania w sieci). Przez ten czas mało pisałam o swoim życiorysie i o mojej przygodzie z portugalskim i Portugalią w ogóle, ale dzisiaj jest nas coraz więcej i czuję, że nadszedł czas, by o sobie opowiedzieć w szerszym kontekście. Odzywacie się do mnie coraz liczniej, dzielicie się swoim życiem, niekiedy pytacie o radę, jesteście wdzięczni i entuzjastyczni. Bardzo się cieszę. Myślę też, że, gdy Wam o mnie opowiem, bardziej zrozumiecie czemu na blogowe motto wybrałam: „życie po swojemu”, a nie coś, co może byłoby bardziej portugalskie. Nazwy „magellanka” nie trzeba chyba tłumaczyć, ale się o to pokuszę, bo wymyślenie właściwej blogowej domeny zajęło mi…około roku! I przyszło znienacka zimową porą. Magellan, wiadomo, Portugalczyk w służbie Hiszpanii (tutaj się krzyżują moje fascynacje, bo z wykształcenia jestem hispanistą, ale mam portugalskie serce) i obieżyświat (to nie jest tak, że nic nie przeżyłam oprócz Portugalii) i wreszcie człowiek, który myślę, że miał jedną cechę, którą bardzo sobie cenię – odwagę. No i „Anka” w nazwie, chciałabym być takim Magellanem w spódnicy.

JAK TO JEST Z TYM PORTUGALSKIM I PORTUGALIĄ?

Pierwszy raz usłyszałam portugalski w akademiku od studentów… z Angolii! Do dzisiaj pamiętam jak wymawiali słowo mleko – „o leite”. Znajomi przedstawili mnie wtedy jako osobę znającą portugalski. Było to daleko przesadzone: miałam obowiązkowy język portugalski na pierwszym roku hispanistyki na Uniwerystecie Wrocławskim, ale zaczynaliśmy naukę od podstaw. Nie przeszkodziło to w tym, by już na drugim roku (2008 rok) wyjechać na Erasmusa na Universidade Nova de Lisboa właśnie do Lizbony. Wtedy do Białego Miasta trzeba było latać z Berlina easyjetem, bo w Polsce do stolicy Portugalii latały tylko drogie linie lotnicze! Chociaż samotną wyprawę na dłużej, by gdzieś żyć zagranicą, już miałam przeżytą (zaraz po maturze wyjechałam do Irlandii, by zajmować się dziećmi w Dublinie), to doświadczenie studenckie okazało się o wiele bardziej znaczące. Mieszkałam w portugalskim akademiku, gdzie portier był fadistą, życie w rytmie brazylijskim toczyło się na wielką skalę, gdyż stamtąd pochodziło wielu stypendystów, z łatwością nawiązałam przyjaźnie wciąż dla mnie ważne. No i zakochałam się z wzajemnością w Portugalczyku. To sprawiło, że Lizbona na dłużej znalazła się na mapie moich ulubionych destynacji i na pewno sentymentalnie związało mnie z miastem. Po pierwszym semestrze musiałam jednak z Lizbony wyjechać, ale obiecałam sobie, że na pewno jeszcze wrócę, by tu żyć, co się rzeczywiście wydarzyło i może jeszcze się kiedyś wydarzy. Na studiach w Polsce kojarzono mnie z portugalskim, więc szybko zaczęłam udzielać korepetycji z portugalskiego, brałam udział w konferencji portugalistów w Lublinie (z tego czasu pochodzi publikacja „Império português no limiar dos séculos XVIII/XIX” w „Água Vai”). W końcu za zgodą dziekana napisałam moją pracę magisterską po portugalsku o podobnej historycznej tematyce, mianowicie o drodze Brazylii do niepodległości („Caminho da independência do Brasil. Comparação da situação em Portugal e no Brasil nos anos 1750-1822”). Działo się mnóstwo m.in. po czwartym roku zdecydowałam się na tzw. gap year… na marzenia. Nikt wtedy nie potrafił mnie zrozumieć. Kończysz studia, dlaczego na ostatniej prostej decydujesz się na dziekankę? Chciałam zrobić rzeczy, których wcześniej nie mogłam ze względów finansowych i czasowych, a także dlatego, że po prostu się ich bałam. Zdałam więc prawo jazdy, nauczyłam się jeździć na nartach i pływać, pojechałam na wolontariat do Włoch, poszłam do Santiago de Compostela i wtedy zwiedziłam też północną Portugalię. Gdy wróciłam do Wrocławia i na studia, bardzo szybko znalazłam pracę z portugalskim i hiszpańskim w IBM. Epoka pracy w korporacji i indywidualnego toku studiów była dla mnie olbrzymim wysiłkiem. Zwłaszcza podczas pierwszego roku pracy miałam dużo wyzwań. Robiliśmy transfer danych z Argentyny do Polski współpracując z Argentyńczykami, Hiszpanami i Portugalczykami. Pracowaliśmy na serwerach. Mnie jednak ciągnęło do nauki portugalskiego i okazja nadarzyła się szybko: jednocześnie z pracą w korporacji zostałam nauczycielem portugalskiego w Simoldes Plásticos, a nawet miałam incydent z nauczaniem tam Portugalczyków polskiego (to mnie jednak przerosło). Po obronie na 5, drugim roku w korporacji, uczeniu i wielu dalszych podróżach (m.in. do USA), nagle coś we mnie pękło. Chciałam zmiany miejsca i zdystansowania się. Miałam 25 lat i czułam się wycieńczona. Zrobił się totalny kocioł. Jakby tego było mało, zafundowałam sobie jeszcze kurs dyplomatyczny w Warszawie. Śniła mi się Lizbona (dosłownie). Po głowie chodziła mi też Brazylia, gdyż praca magisterka dodatkowo rozbudziła moje chęci, by odwiedzić ten kraj. Poznałam też wspaniałych Brazylijczyków podczas tłumaczenia na jednym z polsko – brazylijskich wesel, o czym możecie przeczytać tutaj. Do Brazylii bałam się pojechać, gdyż wiedziałam, że polecę tam sama i nie spotka się to z przychylnością moich rodziców. Co więcej, wiedziałam, że polecę do Brazylii i nie wrócę do korporacji i że to też może się spotkać z ogólnym rozczarowaniem w rodzinie, gdzie czułam, że marzy się o tym, bym się ustatkowała. Bilet w końcu kupiłam (tu dziękuję Róży, myślę, że wie za co) i bardzo długo nie mówiłam o moich planach. W końcu nadeszło pełne emocji moje ostatnie wrocławskie lato i później już nic nie było tak jak wcześniej.

Algarve, 2009
Braga, czerwiec 2012
Lublin, 2013 – Congresso dos Estudantes Lusitanistas da Polónia
Bardzo miłe docenienie przez szkołę English for Professionals za naukę w Simoldes Plásticos
Wrocław 2014

BRAZYLIA – PORTUGALIA

O Brazylii pisałam w wielu wpisach na blogu i mam nadzieję, że jeszcze do tamtej podróży wrócę, gdyż posiadam z tamtego czasu liczne zapiski. O Rio de Janeiro możecie przeczytać tutaj, tutaj i tutaj, tu o São Paulo i póki co także o Ouro Preto. Tamten wyjazd tak naprawdę obejmował: Hiszpanię, Brazylię, Francję i Niemcy. Trwał półtora miesiąca i jak do tej pory był to najdłuższy czas ciągłego przemieszczania się. Na pewno zaliczam tę podróż do jednych z ważniejszych w życiu. Na blogu możecie też przeczytać o tym, co zaskoczyło mnie w Brazylii. Po brazylijskich przygodach przyszedł czas na Portugalię. W listopadzie 2014 mieszkałam już w São Jão do Estoril niedaleko Cascais i jako wolontariusz tłumaczyłam w Ambasadzie RP w Wydziale Promocju Handlu i Inwestycji. Tłumaczenia na pewno wiele mnie nauczyły, choć nie okazały się tak trudne jak myślałam. Z powodzeniem znalazłam czas na codzienne spacery nad oceanem, wkrótce także i na klub książki, o którym wspominałam tutaj na blogu, jak również na… tandem włosko – portugalski (ja w roli uczącej portugalskiego:D:D). W Lizbonie jest duża włoska społeczność, a już wcześniej miałam znaczny pociąg do włoskiego i tandem idealnie się wpasował w realizację tych marzeń. Wkrótce nawet zorganizowałam wraz ze znajomym Włochem polski wieczór we włoskiej restauracji w Lizbonie. W tamtym okresie poznałam fantastyczne osoby, odreagowałam zabiegany czas w uprzednich latach. Na początku 2015 roku przeniosłam się do Lizbony. Nie wychodziło ze stałą pracą. Naszczęście nadal uczyłam i zdarzały się takie zlecenia jak np. przetłumaczenie z portugalskiego na polski 63-stronicowej broszury o podstawowych zasadach funkcjonowania firmy zleceniodawcy. Chwilowo wyjechałam do Francji. Niestety podczas mojego pobytu we Francji jedna z najbliższych mi osób w Lizbonie, Sandy, miała tragiczny wypadek. Przeżyła, ale zapadła w śpiączkę i do dziś jest kaleką. Odbiło się to bardzo na mnie i na mojej psychice. Zawsze będę pamiętać ten moment w szpitalu w Lizbonie, gdy wchodzę na salę i widzę ją po wypadku. Świat rozpadający się na kawałki. Pamiętam siebie z sierpnia 2015 jako osobę totalnie zagubioną. Chcę tutaj podziękować szczególnie Kasi, która wraz z portugalską ekipą przygarnęła mnie wtedy na dłużej na Alfamie i Krisowi, który odwiedził mnie w tamtym czasie i dodał otuchy. Gdy trochę już się pozbierałam, przeniosłam się na Praça das Flores i zaczęłam kelnerować. Zdałam też egzamin DAPLE z języka portugalskiego . Wkrótce jednak znowu doszło do przetasowania rzeczywistości.

Rio de Janeiro, 2014
Lizbona, 2015
Potwierdzenie z ambasady.:)

PORTUGALIA – POLSKA

Takie historie zdarzają się tylko w filmach… a może nie tylko? Może to najpierw są historie z życia, które piszą scenariusze dla „historii tylko z filmów”? Mojego męża poznałam w autobusie dawno, dawno temu, ale dopiero musiałam być w Lizbonie, by mogło się między nami coś więcej wydarzyć! We wrześniu 2015 Adam oświadczył mi, że przyleci w październiku i chciałby wtedy ze mną poważnie porozmawiać. Wiedziałam co to znaczy i byłam pełna rozterek, o czym możecie się przekonać w tym wpisie opowiadającym o drodze do Fatimy. Jak mi potem Adam wyznał, w Polsce przed wylotem powiedział wszystkim, że leci do Portugalii po żonę. I tak się stało. Nie chcę tutaj bardzo wchodzić w szczegóły naszych kolei losu, ale faktem jest, że pod koniec 2015 roku przeniosłam się do Polski do Kalisza. Dla wszystkich to był szok. We wrześniu 2016 roku wzięliśmy ślub i mieliśmy wesele jak z bajki. Do dzisiaj jeden z najładniejszych komplementów dla mojego męża ode mnie brzmi: „Jesteś moją Lizboną.W 2017 urodził się nasz pierwszy syn Stefan, a w 2018 roku drugi syn Fryderyk. I wtedy też, w 2018 roku, powstał blog.

Lizbona, 2015
Lizbona, 2019

ŻYCIE NA CO DZIEŃ A BLOGOWANIE

Ktoś by pewnie złapał się za głowę, gdyby usłyszał, że za blogowanie bierze się matka z dziećmi rok po roku, bo przecież maluchy wymagają mnóstwa oddania. I z tym drugim rzeczywiście się zgadzam, ale czas, kiedy Stefan i Fryderyk pojawili się na świecie, uważam za najlepszy moment mojego dotychczasowego życia, by zacząć regularnie pisać. Wcześniej zupełnie nie było przestrzeni na tego typu systematykę. Wydaje mi się, że byłam zbyt zdekoncentrowana. Również moja obecna praca w klaviano.com umożliwiła mi bliższe przyjrzenie się sieciom społecznościowym. Wszystko idealnie się złożyło. Poukładałam sobie wiele rzeczy w głowie o sobie, co także oddaje blog. Widać tu ewidentnie jak lubię spędzać czas. Dużo czytam i to nie tylko o Portugalii. Lubię także inspirować się innymi, dlatego często słucham podkastów lub kanałów na Youtube (teraz jestem na etapie hiszpańskiej influencerki Ani Pocino:)) Piszę wiersze i czasami startuję w konkursach poetyckich, stąd też może tyle w dziale „Literacko” poezji portugalskiej i brazylijskiej. Chciałabym kiedyś tłumaczyć poetów portugalskojęzycznych na język polski. Podróże? Tak, zdecydowanie wciąż się udaje bywać w Portugalii i kochać wytrwale ten kraj. Już się nie mogę doczekać marca 2020, kiedy to pojedziemy do… Porto! Na pewno będzie o tym na blogu! Ale, ale… Także i w Polsce udaje mi się żyć po portugalsku np. wystarczy z książką i kawą usiąść w kawiarni na dworze w słoneczny dzień albo upichcić coś portugalskiego i od razu ta Portugalia jakoś bliżej. Oczywiście pozostałam też wierna uczeniu, co mam nadzieję bardziej rozwinąć (także i wkrótce na blogu!). Uczę hiszpańskiego i portugalskiego. Zapraszam, jeżeli macie ochotę na lekcje języka portugalskiego lub hiszpańskiego ze mną online – anna@magellanka.pl! Myślę, że zaszczepię w Was pasję do języków Półwyspu Iberyjskiego!

Gdy już o kontakcie ze mną mowa, powiem Wam jedno: piszcie. Czekam z radością na wiadomość od każdego z Was! A jeśli nie, to zawsze jesteście zaproszeni na bloga, fanpage,  Instagram lub do newslettera! W cudownych, portugalskich ilościach!

Czy po przeczytaniu tego wpisu bardziej rozumiecie dlaczego wybrałam na motto dla bloga: „życie po swojemu”? No właśnie!

Beijinhos, całuję –

Ania Skwarek z Magellanka.pl

2 komentarze

  1. Katarzyna

    27 stycznia 2020 at 9 h 09 min

    Jeśli czasem pieką Cię uszy to ja opowiadam o wspaniałej osobie zakochanej w językach i w życiu na moich lekcjach motywacyjnych. Pozdrawiam ciepło ❤️

    1. Anna Skwarek

      27 stycznia 2020 at 12 h 53 min

      Wow! To dopiero historia! Też pozdrawiam i bardzo się cieszę! 🙂

Leave a Reply