Portugalski Kraków na weekend

Część z nas poleci do Portugalii w tym roku, część z nas nie poleci i pewnie są też tacy, którzy nie wiedzą czy polecą. 🙂 Zaliczam się do tej trzeciej grupy, więc zdecydowałam, że tym bardziej portugalskich inspiracji będę szukać w Polsce. Wybór od razu padł na Kraków. Stwierdziłam, że połączę ten czas w najbardziej wyborny sposób: zaproszę męża na dwudniową randkę, odwiedzę znajomych i pobuszuję w miejscach związanych z portugalskim światem. Dosyć spontaniczny wyjazd w poszukiwaniu portugalskich przeżyć przekształcił się w przygodę kulinarną oraz w podróż śladami ludzi, którzy ukochali Portugalię lub Brazylię. Po prostu wrażeń moc!

Wnętrze Tasca Ruczajnik
Wnętrze Tasca Ruczajnik

TASCA RUCZAJNIK

Już wieczór. Za nami kilka godzin drogi, więc udziela się zmęczenie i odzywa głód. Mamy ochotę naprawdę dobrze zjeść. Lądujemy na Ruczaju. Maluje się przed nami inne oblicze Krakowa niż to, do którego przyzwyczaiły nas pocztówki. Nie ma dorożek, Sukiennic, Kościoła Mariackiego, kolorowych kamieniczek. Mimo tego, to właśnie tu, wśród gmatwaniny osiedli mieszkaniowych, znajduje się nasz pierwszy przystanek – TASCA RUCZAJNIK, restauracja inspirowana portugalską kuchnią! Pewnie niektórzy z Was wiedzą, że tasca (wym. taszka), czyli po portugalsku knajpa, ma w Portugalii typowo lokalny charakter. Tak jest i tutaj. Do restauracji licznie przychodzą miejscowi. Ten osiedlowy klimat zdaje mi się bardzo oryginalny i działa na moją wyobraźnię. Jakby ożywiły się polskie osiedla, gdyby powstawały na nich nastrojowe knajpy! Tymczasem parkujemy z łatwością za restauracją. To duży atut w zawsze zatłoczonym Krakowie. Wita nas całorocznie otwarty ogród. Panuje swobodna atmosfera. Beczka z napisem „vinho verde”, rośliny w donicach, białe stoliki na zewnątrz, kocyki dla tych, którzy decydują się zostać na dworze, chin chin kieliszków od wina. W środku przy barze kukają na nas azulejos, na ścianie wiszą ceramiczne jaskółki i talerze, granatową kanapę moszczą miodowe i błękitno-białe poduszki.

Tasca Ruczajnik – menu
Krokiety z dorsza
Sardynki

Z nadzieją patrzę w kartę i tak! Są sardinhas assadas (wym. sardiniasz asadasz), pieczone sardynki! Tęskniłam bardzo za tym letnim portugalskim smakiem. Menu zmienia się sezonowo, więc wcale nie było powiedziane, że dzisiaj je zjem. Spragnieni najpierw zamawiamy orzeźwiającą lemoniadę. A potem zaczynamy ucztę. Cieszę się, bo ten wieczór należy do owoców morza i ryb. W obecnym menu właściwie w przekąskach znajdują się jedynie owoce morza i ryby! Zamawiamy zatem jako przystawki krokiety z dorsza, grillowane sardynki, placek z sardynkami. Ten ostatni okazał się dla mnie zaskoczeniem, bo nie znam go z Portugalii, ale trzeba pamiętać, że Tasca Ruczajnik to kuchnia portugalska z polskim twistem. Niejednego Portugalczyka może zgorszyć fuzja obu kuchni, ale warto pamiętać, że do restauracji przychodzą miejscowi Polacy, dla których niekiedy kuchnia portugalska jest w ogóle odkryciem. Trzeba się więc dostosować do polskich lokalnych warunków. 🙂 Na główne danie decydujemy się na świeżutką doradę i na bestseller Tasca Ruczajnik, czyli ośmiornicę. Powiem szczerze, że nie potrafię docenić dostatecznie ośmiornicy, bo w Portugalii jadam ją tylko od czasu do czasu, więc do końca nie wiem jak powinna rzeczywiście smakować (może ktoś z Was wie i chciałby się podzielić tym w komentarzach?). Jest to jedno z droższych dań Ruczajnika (58 zł) bardzo chwalone przez smakoszy. Gdy już mowa o cenach, to oceniam je jako dosyć normalne. Ale my tutaj gadu-gadu, a kolację zdecydowanie trzeba skończyć na słodko! Mimo tego, że już mi się wydawało, że nie jestem w stanie nic więcej zjeść, to nie potrafię sobie odmówić pastéis de nata. Adam stwierdza, że ciastka lepsze niż moje i muszę mu przyznać, że rozpływają się w ustach. Kelner jest przemiły i stara się odpowiadać bardzo wyczerpująco na moje pytania. Zgrzyta mi jednak w uszach brak znajomości wymowy portugalskiej. Żałuję też, że nie poznajemy manager lokalu, pani Karoliny, której liczne podróże i doświadczenie w gastronomii, sprawiły, że na Ruczaju w zeszłym roku w kwietniu powstała tasca. Myślę, że miałaby wiele ciekawych historii do opowiedzenia. Obojętnie jak wychodzimy z restauracji zadowoleni i trochę żałujemy, że mieszkamy dosyć daleko.

Café Lisboa

CAFÉ LISBOA

Myślę, że Café Lisboa wpisało się już na stałe w kawiarnianą panoramę Krakowa i nie przesadzę, jeżeli powiem, że jest znane na całą Polskę. O kawiarni rozpisywano się w „Wysokich Obcasach”, na blogach, ba! Nawet wyspecjalizowany w kryminałach Remigiusz Mróz umieścił fragment akcji swojej książki „Zerwa” w tej kawiarni. Jestem podekscytowana, bo nigdy mi dosyć pastéis de nata i oczywiście pysznej kawy… Nie zaskakuje mnie brak wolnych miejsc i kolejka za babeczkami. Wewnątrz czeka na nas jedyny wolny stolik. Moglibyśmy także usiąść przed kawiarnią lub w ogródku, ale o tym ostatnim dowiadujemy się dopiero później.

Ten fantastyczny moment, gdy pastel de nata jest tylko dla Ciebie…
Gdy wiesz, że jesteś we właściwym miejscu… Café Lisboa wnętrze.

Obserwuję z przyjemnością otoczenie. Kawiarnia na pewno zaspokaja moje poczucie estetyki. Otaczają nas zewsząd charakterystyczne dla Portugalii kolory bieli i błękitu. Rzędy pastéis de nata złocą się za ciemnobrązową ladą. Aromat mielonej kawy czuje się w powietrzu. Na półkach znajduję książki po portugalsku i po polsku o portugalskiej tematyce, a także trochę portugalskich produktów do nabycia. Uśmiecham się również na widok znajomych azulejos. Takie same wybrałam do swojej kuchni! Gdy ja podziwiam kawiarnię, kelnerki sprawnie uwijają się między stolikami. Jedna z nich, rudowłosa, ubrana jest w długą letnią sukienkę także z motywami portugalskich płytek. Zwraca też moją uwagę kobieta o śniadej cerze w czarnej sukience z podpiętymi do góry włosami. Otacza ją silna energia. Intuicja mi podpowiada, że z nią powinnam porozmawiać. Zagaduję i nie mylę się, to Marta, pomysłodawczyni i właścicielka Café Lisboa. Dowiadujemy się szczegółów na temat powstawania kawiarni. Jak się okazuje pomysł na kafejkę z pastéis de nata zaskoczył nawet samą Martę. Najpierw mieszkała w Dublinie, jednak po latach pracy w Irlandii, zdecydowała się wrócić do Polski. Tutaj pracowała w korporacji i w jej życiu nic nie wiązało się z Portugalią: nie było fascynacji krajem, nauki języka, miłości do Portugalczyka. Wszystko się zmieniło po rowerowych wakacjach w Portugalii. Na 700km trasie towarzyszyły jej ciągle pastéis de nata. I podczas tej podróży doszło do momentu oświecenia. Marta postanowiła, że gdy wróci do Krakowa, otworzy kawiarnię z typowym dla Portugalii słodyczem. Sprawy potem potoczyły się szybko, chociaż pierwszy rok po otwarciu w 2017 należał do tych bardzo intensywnych i wymagających. Znalezienie odpowiedniej receptury babeczek, praca właściwie 24/7, mała liczba pracowników (dzisiaj jest ich 17-naścioro, ale Marta zaczynała z trzema)… To wszystko niejednego mogłoby złamać, jednak nie Martę, która zawzięcie i konsekwentnie realizowała marzenie. Widać, że właścicielka Café Lisboa ma charyzmę. Mało tego! Rozwijając kawiarnię zdążyła się zakochać (tak, w Portugalczyku) i dzisiaj jest także mamą kilkumiesięcznej dziewczynki. Tak się właśnie bierze z życia pełnymi garściami! Urzeczeni historią Marty wymieniamy się jeszcze portugalskimi doświadczeniami i zakupujemy pastéis de nata na wynos, do tego mieloną kawę Delta i jeszcze sos piri piri (niestety już nie będzie dostępny). Kolejne zakupy, które za chwilę zrobimy, będą brazylijskie…

Moje zakupy w Ibernii: batata palha, pão de queijo, mąka z manioku, czarna fasola.:)

IBERNIA

Stęskniona za brazylijskimi potrawami wiążę duże nadzieje z zakupami w Ibernii. Przybywamy zaciekawieni do sklepu stacjonarnego, gdzie można kupić wiele produktów głównie z Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej. Tak jak się spodziewałam: znajduję tutaj to, co sobie wymarzyłam. Od dawna miałam ochotę na charakterystyczny w Minas Gerais pão de queijo. W Ibernii można kupić już przygotowaną mieszaninę do wypiekania bułeczek, więc od razu produkt ląduje do koszyka. Gdy tak się rozglądam za dalszymi brazylijskimi cudeńkami, wdaję się w rozmowę ze sprzedawcą, który jest rozkochany w Brazylii. Szybko okazuje się, że to także właściciel sklepu. W ten sposób zostajemy tutaj ponad godzinę i dzielimy się historiami o Brazylii, Ameryce Południowej i podróżach w ogóle. Grzegorz, bo tak ma na imię nasz rozmówca, spędził w Brazylii dekadę jak nie więcej, ożenił się z Brazylijką i często wraca do Brazylii. Opowiada barwnie, zna doskonale realia hiszpańskie i brazylijskie, ale w anegdotach pojawia się wiele krajów. Uśmiecham się na jego typowe brazylijskie gesty takie jak np. uderzenie jednej dłoni o drugą najpierw od wewnętrznej strony potem od zewnętrznej na wyrażenie, że „coś jest pozamiatane”, „i koniec”. Podziwiam, że odnalazł się w Brazylii na tyle, że założył tam firmę. I wreszcie spotykam kogoś, kto wie jaka Brazylia potrafi być wspaniała i koszmarna zarazem. Europejczykowi, który nigdy nie był w Brazylii, naprawdę trudno wytłumaczyć tamtejsze realia i mentalność ludzi. Cieszę się, bo widzę, że Adam słucha zafascynowany i nawet już po wyjściu ze sklepu dopytuje mnie o niektóre poruszone tematy. Podoba mi się też, że Grzegorz potrafi docenić zarówno Brazylię jak i Polskę. Otwartość Grzegorza sprawia, że moje zakupy się rozrastają. Nagle uznaję, że dobrze, by było przyrządzić feijoadę (typowe brazylijskie danie), więc kupuję jeszcze czarną fasolę. Nada mi się też w kuchni farofa (prażona mąka z manioku) i może jeszcze batata palha (bardzo cienkie ziemniaki na frytki), gdybym chciała zrobić bacalhau à brás. Z siatkami pyszności zmierzamy na Kazimierz.

Wnętrze księgarni „Lokator” i Pessoa w roli głównej.:)

CO JESZCZE W KRAKOWIE?

Po zacnym obiedzie na Kazimierzu można wpaść do pobliskiej Austerii, księgarni, gdzie ostatnio wydano publikację Andrzeja Stanisława Kowalczyka „Pessoa lizboński” lub tak jak my, udać się do kawiarni i księgarni Lokator. Wydawnictwo Lokator od niedawna wydaje Pessoę i w związku z tym można tu nabyć książki m.in. „Ricardo Reis. Poezje zebrane”, „Poezje zebrane Alberto Caeiro”, „Poezje zebrane Alvaro de Camposa” ,”Księgę niepokoju spisaną przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie.” W Krakowie oczywiście istnieje filologia portugalska na Uniwersytecie Jagiellońskim, jeśli kogoś interesuje kariera filologa. 🙂 Od strony kulinarnej mogą być interesujące propozycje Krakowskiego Makaroniarza, czyli Bartka Kieżuna, który wydał fantastyczną „Portugalię do zjedzenia” i organizuje warsztaty kulinarne. Nie widzę od dłuższego czasu warsztatów związanych z Portugalią, ale warto śledzić, bo może się pojawią.

Mimo tego, że na weekend w Krakowie portugalskich atrakcji jest w sam raz, to czuję pewien niedosyt i niewykorzystany potencjał. Imponuje mi też, że tak naprawdę, to dzięki prywatnym inicjatywom mamy w Krakowie kawałek Portugalii!

Czy jest coś, co byście chcieli dodać do tego wpisu? Znacie w Krakowie jakieś portugalskie zakątki? Może organizujecie portugalskie wydarzenia w Krakowie? Koniecznie dajcie znać! To może być bardzo pomocne nie tylko dla mnie, ale i dla wielu wielbicieli Portugalii.:)

Jeżeli podobał Ci się ten wpis, zapraszam do polubienia magellanka.pl na fb i zapraszam na Instagram. A może masz ochotę na lekcje portugalskiego? Napisz na fanpage, insta lub maila: anna@magellanka.pl

Leave a Reply