Szczęście po portugalsku

Zawsze była i będzie moda na szczęście. Duńskie hygge i polskie jakoś to będzie dobrze już znamy jeśli nie z życia, to z ostatnio licznych publikacji na ten temat. Hygge nawet i mnie dopadło! I to tak znienacka! Mieszkanie, w którym teraz mieszkamy w Poznaniu należy do pary polsko-duńskiej i trudno nie zauważyć tu duńskich sposobów na szczęście: pełno wszędzie poduszek i świec. Także na jesienne wieczory będę utrzymywać dobrą energię pod kocem i przy świeczkach. Duńczycy mają hygge, Polacy mają jakoś to będzie, i to mi dało do myślenia… Jakie jest szczęście wg Portugalczyków? Moje obserwacje połączę z tym, co przeczytałam na ten temat.

O PORTUGALSKIEJ MENTALNOŚCI

Od razu zburzę mit radosnego i beztroskiego śródziemnomorskiego Portugalczyka. Portugalczycy nie są wg mnie tacy znowu radośni, wręcz przeciwnie. To cisi, trochę nostalgiczni ludzie, bardzo dumni z bycia Portugalczykami. Dużo narzekają i wydaje im się ciągle, że żyją w bardzo trudnych czasach. Zdaje im się, że aby wszystkie problemy się rozwiązały wystarczy przeprowadzić się za granicę najlepiej właśnie do Danii czy innych krajów nordyckich, może do Anglii czy USA. Wg mnie Portugalczycy podchodzą z dużą rezerwą do nowości i są zadowoleni z tego, co jest.

I tu się zatrzymajmy. W mojej opinii to ostatnie zapewnia im pewien rodzaj szczęścia, może trochę konformistycznego, ale jednak szczęścia. Nie trzeba nic zmieniać, jest dobre to, co jest, mam gdzie spać, co jeść, są znajomi, rodzina, wyjście wieczorem na jantar (wym. żantar, ich obiadokolacja) i jest fajnie. Myślę, że nie jest to do końca takie typowe cieszenie się chwilą. Nie, wg mnie, to nie tak. To bardziej pogodzenie się z losem, akceptacja życiowych destynacji, nawet jeśli są one trudne do pojęcia. Czasem akceptacja graniczy niebezpiecznie z pasywnością, ale mimo to układa świat w spokojny rytm sprawdzonych aksjomatów i stanowi o samozadowoleniu.

WSZYSTKO W SWOIM CZASIE

Devagar se vai ao longe (wym. dywagar sy wai au lonży), powoli zachodzi się daleko, tak mówi portugalskie przysłowie. W wolniejszym rytmie życia także upatruję portugalskiego szczęścia. Osobiście takie tempo odpowiada mi tylko czasami i pośrednio kłóci mi się z przedsiębiorczością niektórych znanych mi Portugalczyków, ale wydaje mi się, że pomaga wielu osobom osiągnąć życiowy balans. Portugalczycy nie śpieszą się do odpowiedzialności typu rodzina, kredyt, stała praca. Nie obarczają się szablonem: studia, zamążpójście, dziecko, dom. Są gotowi na to, by dać sobie czas. To coś, co zdaje się być niekiedy nie do pomyślenia w polskich warunkach – pozwolenie na to, by rzeczy same przyszły. Pewnie znacie te pytania. A kiedy ślub? A kiedy dziecko? A czy umowa o pracę? To u nas jest jednak gdzieś z tyłu głowy: „wieczna spina”. I niestety umyka wiele po drodze. Mam wrażenie, że przeciętny Portugalczyk przez to, że nie zwala sobie wszystkiego na raz na głowę, daje sobie tym samym czas, by nacieszyć się światem i sprawdzić czy funkcjonują dla niego niektóre rzeczy. Jak już pisałam, stan wiecznego zawieszenia do końca nie jest dla mnie, ale świat ciągłego rozważania rzeczywistości i przyspieszania pewnych spraw, bo tak się społecznie utarło lub wypada, męczy mnie jeszcze bardziej. Życie chcę przecież przeżyć, a nie odhaczyć.

RODZINA I PRZYJACIELE

Rodzina i przyjaciele. Tutaj na pewno się gdzieś spotykamy z Portugalczykami, zwłaszcza na poziomie rodzinności. Więzi są ważne i w nich Portugalczycy znajdują ostoję dla swojego szczęścia. Bardziej niż życie rodzinne fascynuje mnie towarzyski świat Portugalczyków. Czasami przyjaciele niemalże zastępują rodzinę i naprawdę spędza się z nimi mnóstwo czasu. Na tyle, że aż za dużo.:-) Są to na ogół znajomi, których poznało się już w liceum, czasami ktoś doczepiony po drodze, z którymi przeżywa się praktycznie wszystko. Życie toczy się w Portugalii do bardzo późna, więc siedzenie przy stole przy ciągnącej się do 3 w nocy obiadokolacji jest wkalkulowane w przyjacielskie stosunki. Gra się w gry, rozmawia o wszystkim, wspólnie gotuje, nudzi się też wspólnie, pali się fajki (dużo osób pali) i nawet czyta się wspólnie. Jest w tym coś czego nie doświadczyłam nigdy w Polsce: ludzie koło 30stki zachowują się jakby mieli mnóstwo czasu, jakby niedospanie na drugi dzień w pracy nie było problemem, jakby było warto ten czas w pewnym sensie „stracić” (bo już się wszystko przecież przez te kilka h obgadało). Pije się kolejną kawę, pali fajkę i się żyje. Przynajmniej to jest moje doświadczenie z ostatniego czasu w Lizbonie. Wydaje mi się, że te rodzinne i towarzyskie uroki życia czynią Portugalczyków szczęśliwymi.

TRZY F

Trudno sobie też wyobrazić szczęśliwą Portugalię bez tzw. „Trzech F”-Futebol, Fado i Fátima. Mimo, że wielu Portugalczyków ma złe nastawienie do tego terminu, bo został ukuty za czasów dyktatury Salazara i miał odciągnąć naród od politycznych spraw, to wg mnie „Trzy F” są nadal przyczyną portugalskich radości. Dzisiaj niekiedy zarzuca się, że zjawisko jest mitologizowane przez media i sztucznie dodaje mu się znaczenia, ale, ale…Ci mężczyźni w barze na prowincji przed ekranem telewizora oglądający mecz ulubionej Benfiki (Benfica, klub sportowy z Lizbony), oni w tym momencie są zadowoleni z życia! Mają to, co lubią, mogą się zrelaksować ze znajomymi, doświadczają emocji. Czemu to jest jakaś „gorsza” radość? Obok piłki nożnej fado także prowokuje narodową euforię, choć inaczej. Raczej smutne i nostalgiczne daje możliwość radości z artystycznej pasji, rozwijania talentu, zaspokojenia miłości do muzyki oraz satysfakcji z dawania słuchaczom unikatowych przeżyć. To sposób wyrażania siebie, ukazywania swojej wrażliwości. Nie da się też ukryć, że wciąż w portugalskim muzycznym świecie ikona fado – Amália Rodrigues zajmuje miejsce honorowe. Jest Mariza, Carminho i inni artyści…Uważam, więc, że fado też może dawać Portugalczykom szczęście. Oprócz fado nie bagatelizowałabym ostatniego „f”, czyli Fátimy. Jest dużo ateistów w Portugalii, ale jest też dużo osób praktykujących i wydaje mi się, że wiara dodaje wielu Portugalczykom sił i witalności. Nie rozumiem zatem skąd takie wypieranie się piłki, fado i Fátimy, kiedy w świecie Portugalczycy są właśnie z tej szczęśliwej trójcy znani?! Może jest tu jakiś Portugalczyk i wyjaśni mi jak „Trzy F” naprawdę funkcjonuje w Portugalii? Czy mimo, że związane z byłym reżimem nie dostarcza radości i nie przynosi nadal dobrych owoców?

ŻYJE SIĘ

Está-se na boa? (wym. esztazy na boa?), które przetłumaczyłabym jako coś w stylu „Co dobrego słychać?” to wyrażenie w kolokwialnym portugalskim związane ze szczęściem. Wskazuje na spokój i lekkość odpowiadającego: żyje się, wszystko w porządku, bez problemu, spokojnie, damy radę. Jest w tym trochę beztroski, trochę zaradności i dużo radości z małych rzeczy. Myślę, że tak Portugalczycy też sobie radzą ze szczęściem. Jest przecież druga strona medalu, szklanka do połowy pełna… Wystarczy się rozejrzeć…Spokój i majestat morza, słoneczna pogoda towarzysząca przez cały dzień, dobre jedzenie, kawa na esplanadzie…Chce się żyć!

I z tym szczęśliwym zakończeniem Was zostawiam! Co sobie weźmiecie z portugalskich sposobów na szczęście? 

Jeżeli podobał Ci się ten wpis, to polub mnie tutaj na fb!

1 Comment

  1. Co się myśli po 30-stce? – Magellanka.pl

    23 listopada 2018 at 6 h 44 min

    […] a to ostatnio moje najczęstsze zakupowe wybory (może po poznańskim hygge, o którym pisałam tutaj.) To tylko mi pokazuje jak człowiek zmienia się w czasie i jak wiele mogę wciąż doświadczyć […]

Leave a Reply