Lizbona. Miasto, które przytula.

Na moim instagramowym profilu licznie pytaliście mnie o książkę „Lizbona. Miasto, które przytula”: „Jak mi się podoba?”, „Czy to przewodnik?”, „Czy poleciłabym?”. O tej propozycji napisanej przez Weronikę Wawrzkowicz – Nasternak i Martę Stacewicz – Paixão w drugiej połowie roku 2019 było głośno, ale mimo tego, że zerkała na mnie z półki, nie zabrałam się za nią. Wystarczająco jednak mnie zmobilizowaliście i tę ponad czterystustronicową książkę przeczytałam jednym tchem! Nie mogłam się oderwać tak lekko i przyjemnie się czytało! Jeszcze ta oprawa graficzna i cudowne zdjęcia! Ostatecznie jednak publikacja mnie rozczarowała. Najpierw jednak o plusach, bo takie też istnieją i może uznacie je za wystarczające, by książkę przeczytać/kupić.

WRAŻLIWOŚĆ

Trzeba przyznać, że gdy czyta się „Lizbonę. Miasto, które przytula” czuć nieustający zachwyt nad miastem. Jest też dużo czułości w opowiadaniu o tym miejscu. Tytułowa Lizbona, która przytula nie jest przypadkowa, to miasto, do którego z niewygasającym oddaniem wraca zwłaszcza jedna z autorek – Weronika Wawrzkowicz – Nasternak. Doświadczamy, że czas płynie, a nastawienie do Lizbony, stan nieustającego zauroczenia, nie przemija. Myślę, że wielu z nas, wielbicieli stolicy Portugalii, odnajdzie się w tych nastrojach. To coś, co na kartach książki bardzo pociąga, bo jest autentyczne: pragnienie lizbońskiego cudownego światła, zatrzymanie się w biegu życia przy pysznej kawie, życzliwość ludzi, czas, który jakby się zatrzymał. Może właśnie dlatego wywiady przeprowadzone w książce są takie orzeźwiające i gładkie, jakbyśmy podsłuchiwali zakochaną parę w kawiarni przy stoliku obok. Podobnie z felietonami. Uważam, że Lizbona jest w nich potraktowana jakby była człowiekiem – z empatią, czułością i miłością. To dość niezwykłe, chociaż ma jeden duży minus, ale o tym za chwilę.

INSPIRACJE

Niewątpliwe w książce każdy znajdzie coś inspirującego. Pojawia się dużo miejsc, postaci oraz odniesień książkowych, filmowych, malarskich, kulinarnych, a nawet temat biznesowych sukcesów – mam na myśli stworzoną przez Polki w Portugalii markę Dama de Copas. Nawet jeżeli bardzo śledzicie portugalski światek i doskonale znacie Lizbonę i tamtejsze realia, to myślę, że znajdziecie w tej książce coś, co Was zaskoczy. Dla mnie wciągający okazał się wywiad z Januszem Andraszem, nie tyle dalsza jego część o kuchni portugalskiej, co sama historia o tym jak się pojawił w Portugalii i jaka ona wtedy była. Chętnie przeczytałam też o losach jednej z założycielek wspomnianej wyżej marki Dama de Copas. Również przywołanie filmu „Imagine” Andrzeja Jakimowskiego spowodowało, że chcę tę realizację przeżyć z innej perspektywy tj. z perspektywy Lizbony. Całkowitym zaskoczeniem była dla mnie postać lekarza Sousa Martinsa, o którym wcześniej nigdy nie słyszałam, a którego podobno do tej pory otacza się w Lizbonie czcią należytą świętym. Myślę, więc, że inspiracje to mocny punkt tej książki.

Trzeba przyznać, że fotografie w „Lizbona. Miasto, które przytula” urzekają.

JĘZYKOWE WYZWANIE

Ponieważ sama należę do osób, które uwielbiają język portugalski i nieustannie poszukują nowości w tym języku, to pomysł na wplatanie portugalskich wyrażeń i słówek w prezentowane teksty, uważam za bardzo trafiony. Nieprzeceniona jest tutaj rola drugiej z autorek, Marty Stacewicz – Paixão, która wyłapuje dla czytelnika językowe smaczki, a nawet opowiada o portugalskiej gestykulacji ściśle powiązanej z frazeologią tego języka. Nie czepiam się transkrypcji wymowy, bo sama coś takiego praktykuję na blogu. Mimo to, że ogólnie pomysł super, to jednak wyłapałam błędy w pisowni (brak akcentu lub literówka np. wyraz descapotável – kabriolet koniecznie powinien mieć akcent, s.246). Czy to się gdzieś zgubiło w biegu albo w korekcie? Na to mi to momentami wygląda w tej publikacji, że po prostu gonił termin od wydawcy i poumykały detale. Merytorycznie nie mogę przeżyć tłumaczenia przez autorki słowa „o chinelo” (s.388). „Os chinelos” to klapki, japonki, a nie kapcie i to mnie gdzieś przybiło, bo po prostu cały dialog o kapciach jest bez sensu. Portugalskie „as pantufas” są odpowiednikiem polskich kapci… Oczywiście można chodzić w japonkach tak jak w kapciach i tak jest to słowo czasem tłumaczone, ale Polak, gdy słyszy słowo „kapcie”, to w wyobraźni ma ciepłe, miękkie obuwie zakrywające stopy, w którym się chodzi po domu, a nie letnie japonki lub klapki, które Portugalczyk swobodniej uzna za kapcie. Odsyłam do definicji w priberam, żebym nie była gołosłowna – chinelo i pantufa. Czy jest tu jeszcze ktoś, kto uważa tak jak ja? Albo, ktoś, kto się ze mną nie zgadza? Zapraszam do językowej dyskusji. W każdym razie osłabiło to moje zaufanie do precyzji językowej autorek.

Fragment obrazu malarza Dominika Jasińskiego mieszkającego w Alentejo. Zdjęcie.

TURYSTYCZNIE I CHAOTYCZNIE

Miało to być zaprzeczenie idei przewodnika, a chodzimy po Lizbonie, którą zna każdy turysta w trzy dni. Większość czasu spędzamy na Alfamie i na Baixy. Już nawet to mogłabym wybaczyć, ale to, że ni stąd ni zowąd pojawia się Alentejo? Co ten region ma nagle wspólnego z Lizboną, która przytula? Nie żałuję przeczytania tego rozdziału i poznania postaci malarza Dominika Jasińskiego, ale podczas czytania doskwierał mi ten chaos. Widać, że autorki nie wiedziały na co się zdecydować: chciały w przytuleniu objąć bardzo dużo na raz. Ta książka nie do końca jest o Lizbonie, jest o Portugalii i chyba o tęsknocie za wolniejszym trybem życia. I tutaj coś, co mnie w sumie nawet zabolało, bo darzę sympatią autorkę Weronikę Wawrzkowicz – Nasternak, ale niestety, jej głos w tej książce brzmi naiwnie. Wszystko jest takie cudowne w tej Lizbonie! Słoneczko świeci, kawkę się pije, przyjaźni ludzie i docenianie momentu. Dopiero około strony 300setnej zaczęło się dla mnie coś dziać. Pojawiła się jakaś krytyka, trzeźwiejsze spojrzenie na miasto przeciążone turystyką, gdzie niedługo co drugi budynek będzie hotelem i gdzie Portugalczycy nie mogą zapłacić za tak wysokie czynsze mieszkań… A tego typu wątków w realiach portugalskich jest więcej. Niewiele się o nich wspomina. Naprawdę spodziewałam się, że dziennikarski dryg pozwoli wyostrzyć zmysły na problemy tego miasta i na złożoność portugalskiej mentalności. Trochę pod koniec książki nadrabia to druga autorka Marta Stacewicz – Paixão. Jakkolwiek kocham Lizbonę, to znam z autopsji życie w stolicy Portugalii i wierzcie mi na słowo, nie zawsze ono jest takie słoneczne…

Czy warto przeczytać? Oceńcie sami. Są plusy i minusy. Starałam się być obiektywna.

Zapraszam na fanpage magellanka.pl i czekam na Wsze opinie o tej książce. Jakie jest Wasze zdanie o „Lizbona. Miasto, które przytula.”?

Leave a Reply