Wędrujemy po kamiennych uliczkach Guimarães i mamy zły humor. Od rana nic nie idzie. Do Adama dzwonią z pracy i choć bardzo się stara, bym nie odczuła, że myślami jest gdzie indziej, to nie udaje mu się tego ukryć. W Guimarães marnujemy dużo czasu na znalezienie parkingu i gdy wreszcie go znajdujemy, okazuje się, że nie da się zapłacić za miejsce przez aplikację. Niestety nie mamy drobnych, a trzeba mieć odliczone 1,60, bo parkometr nie wydaje reszty. Rozmienianie pieniędzy znowu zajmuje nam czas. Gubimy się w drodze do centrum i pod zamkiem stwierdzamy, że zgłodnieliśmy. W pobliskiej knajpie menu jest dziwne, nieczytelne, do tego sposób płatności przekombinowany (choć trzeba przyznać, że ciasto figowe na deser przepyszne). Wychodzimy poirytowani i właściwie zaraz trzeba wracać, by znowu zapłacić za parking, bo miejsce można wykupić tylko na 2h! I wtedy właśnie dochodzimy do wspólnej konkluzji, że… chcemy na plażę!

Praia de Moledo

PRAIA DE MOLEDO

Słyszałam o Praia de Moledo już wcześniej. Plaża o pięknej scenerii, popularna wśród portuenses (mieszkańców Porto) i nie tylko, jedna z najbardziej polecanych plaż na północy kraju. Leży zaraz przy granicy z Hiszpanią w gminie Moledo i sąsiaduje z Praia de Âncora. Słynie z dużej ilości jodu. Portugalczycy podobno mają także w zwyczaju mówić, że to najzimniejsza plaża w Portugalii. To właśnie na tę plażę decydujemy się podczas naszego „kryzysu” w Guimarães. Przyjeżdżamy w niecałą godzinę. Portugalskie drogi są świetnej jakości, więc czas mija nam niepostrzeżenie. Do tego te widoki po drodze! Parkujemy zaraz przy plaży obok restauracji, gdzie dużo osób wygrzewa się w słońcu popijając kawę. Niedaleko przejeżdża kolejka, więc może można tu dojechać także pociągiem. Na plaży pustki i jest to poniekąd dla mnie zrozumiałe, bo baaardzo wieje. Poza tym Portugalczycy inaczej odczuwają zimno. Te doskonałe wiatry wykorzystują jednak surferzy i akurat tych jest po prostu cała masa. Plaża ma doskonałe warunki do wszelkich tego typu sportów wodnych: surfing, winsurfing, kitesurfing, bodyboard. Spacerujemy po aksamitnie białym piasku, a plaża ciągnie się hen! hen! daleko! Adama ciekawią muszelki, bo do takich jak te nie jest przyzwyczajony. Ja bardziej podziwiam pejzaż. Praia de Moledo przypomina mi trochę brazylijską plażę Botafogo w Rio de Janeiro, dlatego, że podobnie jak tam, z daleka widać wzniesienie (niestety nie mogłam nigdzie znaleźć jak ono się nazywa). Ma też coś w sobie z industrialnej plaży w Matosinhos niedaleko Porto, dlatego, że z brzegu na wodzie widać fortecę o kształcie przypominającym Castelo de Queijo. Widzę, że Adama coś nurtuje, bo przegląda mapę na Googlu. „Chodź, pojedziemy tam – wskazuje kierunek na południe – mam przeczucie, że tam będzie pięknie”. I zaraz się dowiemy, że ma rację. Ruszamy.

Praia de Moledo z pobliskiego deptaka

Praia de Moledo z widokiem na miasteczko

PRAIA DA DUNA DO CALDEIRÃO

Planujemy zatrzymać się w Vila Praia de Âncora i tam po prostu pójść na plażę. Właściwie nie mamy oczekiwań. Po drodze mija nas znowu pociąg i… dwóch pielgrzymów zmierzających do Santiago. Okazuje się, że nadbrzeżem wiedzie jedna z tras pielgrzymkowych do św. Jakuba. (Caminho da Costa). Oczywiście znowu odzywają się w nas marzenia. Szlak jakubowy z Porto do Santiago de Compostela to 260 km i około 2 tyg. marszu nad brzegiem oceanu. Pielgrzymi, których mijamy przemierzają odcinek Vila Praia de Âncora – Caminha, czyli jakieś 15km. Na mapie rozkłada się to tak:

Zdjęcie stąd.

Vila Praia de Âncora ma w sobie magnetyzm letniego kurortu. Na deptaku niejeden wystawia twarz do słońca, pary trzymają się za ręce, niektórzy spędzają popołudnie na joggingu, w knajpkach wychodzących na plażę grupowo pije się piwo. W kiosku widzę tytuły niemieckich, angielskich i francuskich gazet, a w supermarkecie kobiety w strojach kąpielowych i klapkach rozmawiają po francusku wybierając wino. Mimo końcówki września tutaj wciąż trwa lato. Ostatecznie parkujemy zaraz w pobliżu ujścia rzeki Rio Âncora do oceanu. Szybka kawka i wracamy na most nad rzeką Âncora, by przejść na plażę Praia da Duna do Caldeirão.

Złapana na „papieskim” geście nad rzeką Âncora:-)Zostawiamy za sobą miasto.

Przechodzimy przez most i wędrujemy drewnianą kładką do punktu widokowego. Trasa biegnie dalej, ale my zatrzymujemy się tutaj na dłużej, bo przed nami bezmiar plaży i oceanu. Jestem oszołomiona. Obezwładnia mnie huk wody błyszczącej w słońcu, mewy szybujące nad piaskiem, ogromna ilość bielusieńkiego piasku. Zasiadam na ławeczce i kontempluję. Jak to możliwe? Nigdy nie słyszałam o tej plaży, a nie mogę wyjść z zachwytu. Do tego jeszcze jest ona pusta. Jedynie jakiś facet biegnie brzegiem z psem, ale z tej odległości człowiek i zwierzę rozmywają się w dwa równoległe punkciki. Zostajemy tu dosyć długo i raczej milczymy. Przez chwilę tylko omawiamy wiatraki wynurzające się na oceanicznym horyzoncie. Okazuje się, że Portugalia pokrywa w 100% zapotrzebowanie kraju na energię z odnawialnych źródeł energii. To staje się przedmiotem krótkiej konwersacji, a potem znowu zamyśleni patrzymy w horyzont. Niech żyją spontaniczne decyzje i niespodziewane zachwyty!

Bezmiar wody. Praia da Duna do Caldeirão.

I z tymi bajkowymi zdjęciami Was zostawiam. 🙂 Jak widać, choć północ Portugalii nie jest znana z plaż, to można tu i na plaży spędzić czas. Zainspirowani? A może macie swoje ulubione plaże na północy, które moglibyście polecić? Podzielcie się koniecznie w komentarzach!

A jeżeli podobał się Wam ten wpis, to zapraszam po więcej na:

Lub do sklepu, jeżeli interesują Was materiały do nauki portugalskiego:

Wszędzie super Cię widzieć!