Ouro Preto, cz.2

Trudno nie myśleć z nostalgią o Ouro Preto: oddycha się tu przeszłością kolonialnej potęgi, brazylijskim interiorem, studencką imprezą. Wybrałam się tam sama z Belo Horizonte. Od początku zanosiło się na przygodę, o czym mogliście się już przekonać w pierwszej części wpisu, którego ten artykuł jest kontynuacją. Zapraszam zatem na przygód ciąg dalszy!

10/09/2014, środa wieczór

(…) Czas wracać. Dowiaduję się, gdzie jest przystanek i nawet wsiadam do autobusu, ale… wszystko z niego wygląda tak samo! Gdzie na tą Bauxitę i jaki jest numer do Żaluzji? Mam telefon od brazylijskiej rodzinki. Coś się jednak w nim poplątało i nawet nie znajduję w nim właściwego adresu! Jest ciemno i orientuję się, że się zgubiłam! Zaczyna mnie stresować ta sytuacja, więc nie pozostaje mi nic innego jak popytać pasażerów o to, gdzie powinnam wysiąść. Niezwykle pomocny okazuje się przed chwilą poznany Alexandre. Nie potrafię mu jednak za wiele sensownie wytłumaczyć. Wysiadamy więc na pętli, gdzie autobus zawraca. Alexandre myślał, że tutaj studiuję. Siadamy na ławce i rozmawiamy. Mam tak naprawdę dużo czasu. Już wcześniej domyśliłam się, że jest homoseksualistą. Potwierdzają to jego zwierzenia. Zaprasza mnie na ciasto i przystaję na tę propozycję. Nie wahałam się właściwie, jakoś mam duże zaufanie do tutejszych i wierzę swojej intuicji. Mieszkanie jest typowo studenckie. Poznaję jego znajomego Guilherme. Wcinamy ciasto i pijemy sok z winogron. Guilherme też od razu opowiada swoją historię (czy fakt, że jestem z daleka powoduje, że wszyscy się tak przede mną otwierają?). Okazuje się, że mieszkał w Kanadzie i nie potrafi się odnaleźć na nowo w Brazylii. Po życiowych rozmowach wyruszam z Alexandre na poszukiwanie domu Żaluzji, bo na pewno jest gdzieś w okolicy. Po dłuższej chwili rozpoznaję gdzie jestem i już wtedy bez problemu trafiamy pod właściwy adres. Jestem wdzięczna Alexandre za pomoc. On chyba za to, że się wygadał. Za to wieczór z Żaluzją nie przypomina w niczym rozmów z Alexandre i Guilherme i jest dosyć drętwo. Żaluzja chyba średnio ma ochotę na jakiekolwiek rozmowy. Śpię w tym dziwnym pokoju wśród materacy i przeróżnych klamotów. Dopada mnie też alergia na kurz i w dodatku jest mi zimno! Myślę sobie o tym, że kiedyś namaluję obraz na podstawie zdjęć z Ouro Preto! Tak tu ładnie!

11/09/2014, czwartek

Budzę się wcześniej niż zamierzałam. U Żaluzji już jest dzieciaczek do pilnowania. Kąpię się, schodzę na śniadanie i próbuję pogadać z Żaluzją. Jednak tak głośno gra telewizor, że nie chce mi się zbytnio wysilać. Do tego znowu nie wiedziałam o czym z nią rozmawiać. Uznaję to za dobry moment, żeby wyjść. Zjadam dwie bułeczki i wyruszam z plecaczkiem dalej w świat. Idę spacerkiem do centrum i po raz kolejny odczuwam, że tu jest pagórkowato. Wdrapałam się i pierwsze co zrobiłam to poszłam na feira de artesanato (targ rzemiosła) i kupiłam cukierniczkę, choć nie słodzę. 🙂 Myślałam o niej od wczoraj! 🙂 Potem decyduję się pójść na stację, żeby kupić bilet powrotny, żeby już o tym nie myśleć. Tutaj na dworcach autobusowych mają telewizory plazmowe i oglądają sobie programy. Tego nikt nie kradnie. Nie rozumiem tych brazylijskich paradoksów. Niby przecież tak łatwo zostać tutaj okradzionym?!

Moim pierwszym dzisiejszym celem jest Museu Casa dos Contos. W tym XVIII-wiecznym budynku mieści się muzeum brazylijskiego pieniądza, tak bym to nazwała. Wejście gratis i to na pewno miły akcent. To w tym miejscu przetapiano złoto w sztabki. Płynęły potem one do metropolii jako należny podatek znany jako „quinto” (wym. kintu, piąty). Quinto odpowiadał 20% uzyskanego kruszcu. Do dzisiaj zachował się piec, w którym złoto było wypalane. W muzeum można zobaczyć narzędzia do tego używane. Znajduje się tu także mnóstwo oryginalnych dokumentów z epoki, gdy wydobywano złoto w Ouro Preto. Na pewno dla obcokrajowców ciekawa jest kolekcja banknotów i monet brazylijskich. Cudeńka i zupełnie inna perspektywa! Nawet dzisiaj gdybyśmy porównali polskie nominały i brazylijskie i to, co na nich widnieje, to w Polsce mamy przecież królów, a w Brazylii zwierzęta! 🙂 To jest ta właśnie inna perspektywa, o której mówię. Tymczasem podziwiam zachowane meble w bibliotece na piętrze. Solidny kawał drzewa, zdobienia, mosiężne klamry i ciężkie klamki. Meble mają coś w sobie europejskiego, ale nie do końca. Woluminy z haftowanymi złotem tytułami pisane archaicznym portugalskim. I w bibliotece okna z widokiem na miasto. Uderza mnie z balkonu, że ulice są wyłożone brukiem!

Ale czar tego miejsca trochę pryska, a właściwie nabiera nowego makabrycznego znaczenia, gdy odkrywam na parterze pomieszczenie zwane senzala (wym. senzala). Do tej pory nie znałam tego słowa. Senzala była pomieszczeniem dla czarnoskórych niewolników. Już samo położenie niewolniczego „mieszkania” w podziemiach i życie praktycznie bez światła i w wilgoci wiele mówi o tym jak człowiek może upodlić drugiego człowieka. Mało tego, odchody z pięter Casa dos Contos trafiały prosto do „domu” niewolników. Zachowane rekwizyty również wskazują na stopień niesłychanego okrucieństwa białych nad czarnymi. Narzędzia tortur, łańcuchy na szyję i kostki, pejcze, nawet żelazko do przypalania…Jest też rejestr niewolników i opisy prób ucieczek. Przytłoczył mnie ten wyzysk i fakt, że stąpam po miejscu naznaczonym wielkim nieszczęściem. Niby znałam historię niewolnictwa w Brazylii, a jednak co innego poznać ją tak namacalnie, a co innego z książek… Nie można tutaj robić zdjęć, zresztą jest tak ciemno, że nic nie będzie na nich widać. ;/

Po tych dramatycznych odkryciach w piwnicach muzeum przyjemnie wyjść na ulicę. Teraz zamierzam pozwiedzać kościoły. Co prawda jest ich tyle, że nie chce mi się iść do wszystkich i byłoby to niemożliwe nawet w jeden dzień, ale interesuje mnie szczególnie ten z dużą ilością złota – de Rosário do Alto da Cruz (pełna nazwa Igreja de Nossa Senhora de Rosário do Alto da Cruz lub Igreja de Santa Efigênia lub jeszcze Igreja de Santa Efigênia dos Pretos). Tutaj też jest niewolniczy akcent, bo kościół ten został wzniesiony przez afrykańskich niewolników. Podobno budowano kościół aż 60 lat (1730-1790). Czemu aż tyle? Ponieważ niewolnicy musieli wznosić świątynię nocą, gdyż za dnia pracowali (Matko! Jakie parszywe życie!). Legenda głosi, że kościół został wzniesiony dzięki złotu z kopalni wykupionej przez niewolnika z Kongo zwanego Chico Rei. Dzięki swojej pracy wykupił się z niewoli i do tego jeszcze nabył kopalnię. Świątynia jest na wzgórzu i trzeba się trochę powspinać, by tam się dostać. Okazuje się, że tutaj co drugi kościół tonie na ołtarzu w złocie, a ponieważ jest ich mnóstwo tracę trochę rachubę, w którym kościele jestem. Ukradkiem, bo nie wolno, cykam fotkę w jednym z nich, gdzie złoto wprost wylewa się na posadzkę. Fotografia rozmazana, ale oddaje przepych. Inna sprawa, że choć informacja jest taka, że kościoły powinny być otwarte, to w większości są zamknięte w godzinach funkcjonowania. Już trochę jednak olewam temat i po prostu idę pobyć w mieście tak sobie.

Z ciekawostek to po drodze mijam Casa de Tiradentes (wym. kaza dy tiradentesz). Mieści się tutaj teraz jakieś stowarzyszenie, ale to tutaj niegdyś mieszkał bohater narodowy Brazylijczyków i przywódca pierwszych ruchów niepodległościowych w tym kraju – Tiradentes. Dzisiaj jedynie informuje o tym tablica. Widać, że włóczę się bez celu, bo zaraz się przyplątuje jakiś naganiacz, by mnie oprowadzić po mieście. Jakoś udaje mi się od tej propozycji wykręcić. Jestem zmęczona, więc decyduję się odpocząć na murku. I nie wierzę, ale chyba na drzewie, tak naprawdę to widzę, siedzi wielobarwna papuga! Szok! To jest właśnie Brazylia! Tak blisko egzotyki!

Wracam autobusem do Belo Horizonte. Mogłabym zostać jeszcze trochę, ale rodzinka, u której się zatrzymuję woli, żebym nie jeździła po ciemku i dostosowuję się do tego. Miejscowi wiedzą jak się tutaj funkcjonuje, więc staram się z tym nie dyskutować. Żegnaj czarodziejskie Ouro Preto! Czy cię jeszcze kiedyś zobaczę?

Leave a Reply