Ouro Preto, cz.1

Ouro Preto wciąż mi działa na wyobraźnię. Architektoniczna barokowa perła kolonialna, miasto kościołów, niegdysiejsze miejsce pozyskiwania złota i diamentów naznaczone krwią niewolników. Miejscowość, w której doszło do pierwszych ruchów niepodległościowych w XVIII-wiecznej Brazylii, a także ośrodek uniwersytecki słynny z … największego w Brazylii studenckiego karnawału! Miasteczko jest malownicze, cudownie położone wśród wzgórz, inspirujące swoimi bielonymi domami, kolorowymi kamieniczkami i brukiem stukającym pod butami! Nadal wzdycham z zachwytu!

10/09/2014

V. i W. podrzucają mnie na stację autobusową. Jadę do Ouro Preto (wym. Ouru Pretu, dosłownie „czarne złoto”), mieściny w Minas Gerais o barkowej architekturze kolonialnej. Zabytki kolonialne były pierwszymi brazylijskimi obiektami wpisanymi na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Moi opiekunowie przestrzegają mnie jak bardzo na dworcu jest niebezpiecznie. Pewnie mają rację, ale z drugiej strony rady w stylu: „Trzymaj plecak z przodu” wydają mi raczej wabiące złodzieja. Przecież tak demonstruję, że mam w plecaku coś cennego! Rzeczywiście zaraz zaczepia mnie mendigo (wym. mendigu, port. żebrak), ale odmawiam mu i spokojnie odchodzi. Tutaj jest też mnóstwo ludzi, którzy sprzedają jakieś klamoty i próbują te różności komuś upchnąć. Cieszę się więc, gdy już jestem w autobusie. Pejzaż do Ouro Preto bywa zachwycający. Góry, czasem naprawdę stromo i cachoeiras (wym. kaszuejrasz, port. wodospady). Jak ci kolonialiści się tędy tam przeprawiali w XVIII wieku? To na wtedy przypada czas świetności miasta.

Stacja w Ouro Preto jest bardzo mała. Mam się dostać na Bauxitę, bo tam mieszka kuzynka znajomego. Zadzwonił do niej, zapytał czy mogę nocować. Zgodziła się, mimo, że się nie znamy. Tak to tutaj funkcjonuje. Nie ma problemu z przenocowaniem kogoś nieznajomego, zwłaszcza „poleconego” nieznajomego. Tak niby niebezpiecznie a tacy otwarci! Ze względu na podobieństwo fonetyczne jej brazylijskiego imienia do polskiego słowa „żaluzja” tak właśnie w myślach nazywam goszczącą mnie kuzynkę. Tak więc Żaluzja nie mogła mnie odebrać, bo była w pracy. Kazała mi zatem wsiąść w busik, by dojechać pod wskazany adres. Straciłam dwa autobusy, bo nie wiedziałam, że trzeba wyskoczyć na drogę albo machać, żeby bus się zatrzymał. Gdy już wreszcie wsiadłam do właściwego wysłano mnie na tyły, gdzie była cobradora (wym. kobradora, port. bileterka). Zdążyła mi opowiedzieć pół swojego życia i wymyślić pół mojego (m.in. myślała, że jestem z Argentyny), ale to dzięki niej wysiadłam na właściwym placyku znajdującym się godzinę od stacji! Bawi mnie to – tak ciepło jest, a oni w kozakach i swetrach!

Żaluzja mieszka sama w zapuszczonym domu. Nawet trochę mchu, by się w nim znalazło i ściany niepomalowane. Pełno gratów i kurzu. Ona sama też niezadbana, ale przyjęła mnie życzliwie. Myślę, że Żaluzja jest po trzydziestce. Wygląda na trochę zmęczoną życiem. Z jej opowiadań wynika, że jest przedszkolanką i nie potowarzyszy mi za bardzo, bo dzisiaj jeszcze pracuje, a wieczorem ma aktywności fizyczne i jutro też coś. Jakoś nie jest mi z tym źle, bo wydaje mi się, że za bardzo nie znajdziemy wspólnego języka, ale trzeba jej oddać, że bez problemu jest dla niej, żebym została w tym poplątanym domu. Nie wiadomo gdzie tu weranda, gdzie korytarz i czym się skończy następny pokój… Żaluzja zasiada przed telewizorem a ja ruszam w miasto.

Do miasta poszłam pieszo z ciekawości. Najpierw się trochę bałam, bo widać z daleka, że jestem gringa (wym. gringa, port. trochę deprecjonująco o cudzoziemcu), ale Żaluzja mi powiedziała, że jest w miarę bezpiecznie i mogę chodzić sama. Ouro Preto to nie tylko barkowa historia koloniajlnej Brazylii, ale też miasto studentów. Widać to na każdym kroku po tzw. repúblicas. Są to mieszkania – mini akademiki chełpiące się wieloletnią tradycją (najstarszy dom studencki datowany jest na 1919 rok) i narzucające nowo zamieszkałym studentom nazywanym bichos (wym. biszusz) lub calouros (wym. kalourusz) swoje zasady. Studenci z Ouro Preto sami muszą utrzymać otrzymane od uniwersytetu domostwa. Każda republika bardzo szczyci się tym, kto w niej mieszkał i nawet niekiedy wiszą w niej zdjęcia tych, którzy już ukończyli uniwersytet! Nie ma republik koedukacyjnych. Domy mają swoją hierarchię, flagi, motto… I nie jest się wcale tak łatwo do nich dostać, by stać się ich mieszkańcem! Republiki znane są też z imprez. 🙂 Podobno w karnawale w Ouro Preto jest szaleństwo! Możecie zresztą sami się przekonać i zerknąć tutaj na oficjalną stronę karnawału w Ouro Preto!

Ouro Preto robi na mnie bardzo duże i pozytywne wrażenie. Czuję się jakbym przeniosła się w czasie do Brazylii kolonialnej – te kamieniczki, place, mnóstwo kościołów. Trochę to wszystko zaniedbane, jakby zielonkawe i dostosowujące się do krajobrazu – wzgórz o kolorze mchu. Tutaj jest muito morro (wym. muijtu mochru, port. dużo wzniesień) i realnie to odczuwam, bo zaraz łapię zadyszkę. Chcę zwiedzić pierwszy kościół, na który natrafiam, ale jest teraz zamknięty. Dostaję studencką zniżkę i trafiam do Museu Aleijadinho (wym. muzeu alejżadinju). Aleijadinho był rzeźbiarzem i architektem za czasów barokowego Ouro Preto. Mimo swojej niepełnosprawności, co oddaje jego trochę żałosne przezwisko „aleijadinho”, czyli „ułomniutki”, stał się mistrzem w swoim artystycznym fachu. Prześcignął w profesji nawet swojego ojca, który też był zasłużonym dla miasta architektem. Pochodzenie Aleijadinho to stygmat tamtych czasów. Ojcem artysty był biały Portugalczyk, a matką czarna niewolnica. Nie wiadomo do końca na co chorował rzeźbiarz. Przypuszcza się, że mógł to być nawet trąd. Faktem jest, że w późniejszym czasie zaczął wykonywać swoje prace nocą, a za dnia był noszony w lektyce przez niewolników, by nikt nie mógł go zobaczyć! Oglądam te rzeźby w muzeum i trochę mnie przytłaczają. Rzeczywiście musiał je robić po ciemku, bo zdają mi się mroczne, jakieś takie bolejące i z powykrzywianymi twarzami. Aż mi duszno od tych strasznych aniołków i z ulgą wychodzę na zalaną słońcem ulicę, gdzie zaraz odczuwam dreszczyk emocji, bo oto przede mną targowisko rękodzieła. To jest ten moment kiedy żałuję, że przyleciałam do Brazylii tylko z plecakiem. Nakupiłabym różnych drobiazgów! Oczywiście nie mogę się powstrzymać i moją zdobyczą staje się przepiękna cukierniczka za jedyne 13 reali! Napotykam parę z Rio Grande do Sul i oni nakierowują mnie do informacji. Warto mieć od nich mapę!

Już z mapą trafiam na rozległy centralny plac, przy którym znajduje się Museu da  Inconfidência, czyli muzeum o pierwszych ruchach niepodległościowych w Brazylii. Oczywiście w tamtym czasie tj. pod koniec XVIII w. nie było konceptu i tożsamości Brazylii jako takiej dzisiejszej, ale istniało uwierające elitom Vila Rica (ówczesne Ouro Preto) uzależnienie od portugalskiej metropolii. Złoto i diamenty się kończyły, olbrzymi podatek szedł do Lizbony, z którą miejscowi nie czuli powiązania, w głowach kiełkowały myśli o republice i idee oświeceniowe o suwerenności. Co prawda ten bunt intelektualistów przeciwko metropolii został stłumiony, ale zasiał wątpliwość o status quo metropolii. Myślę o tym, że szkoda, że teraz nie piszę pracy magisterskiej, przecież zdjęcia i materiały stąd byłby jej świetnym uzupełnieniem. Mniejsza z tym, to po prostu niesamowite, że marzenia się tak spełniają i mogę tutaj być! W muzeum nieoczekiwanie słyszę język polski i doznaję dziwnego wrażenia. Chwilę już nie mówię po polsku i to miłe usłyszeć swój język.

Na mapie moją uwagę przykuwa coś, czego nie dostrzegłam wcześniej. Tuż obok muzeum w uliczce znajduje się Museu Casa Guignard. No nie wierzę! Przecież to muzeum poświęcone jednemu z moich ulubionych brazylijskich malarzy! Dopada mnie wzruszenie. To dopiero dar od losu! W muzeum jestem sama, jest malutkie, jasne. Mam wrażenie, że bardziej zwiedzam dom pełen obrazów niż muzeum. Wzruszam się. Pracownicy bardzo służą pomocą, chcą mi wszystko opowiadać. Zapraszają na krótki film o Guignardzie. Jest przejmująca cisza i popołudniowe promienie słoneczne subtelnie wpadają przez okna. Guingard ukochał sobie Ouro Preto. Lubił otaczający go tutaj krajobraz i światło. Zdobył wykształcenie w Niemczech, w latach 1917-1918 i 1921-1923. W Europie mieszkał ponad 20 lat (Niemcy, Szwajcaria, Francja, Włochy), jednak to o Ouro Preto powiedział, że to na to miejsce czekał całe życie. Uwielbiam kolorystykę jego obrazów, niemalże liryzm pejzaży i coś zwiewnego, poetyckiego, co potrafił uchwycić. Przejmująca jest dla mnie wizyta w tym miejscu.

Robi się późno, ale odkrywam nowe uliczki, które mnie fascynują. Jestem rozemocjonowana, mimo to postanawiam zawrócić. Wchodzę do jakiegoś baru, mam ochotę na sok, bo tutejsze owoce przyprawiają smakiem o zawrót głowy. Telefon się rozładowuje, niedobrze. Siedzę w tym barze i piszę trochę już za długo. Tym bardziej, że kobieta sama przy stoliku w Brazylii to zastanawiający widok. Czas wracać. Dowiaduję się, gdzie jest przystanek i nawet wsiadam do autobusu, ale… wszystko z niego wygląda tak samo! Gdzie na tą Bauxitę i jaki jest numer do Żaluzji? Mam telefon od brazylijskiej rodzinki. Coś się jednak w nim poplątało i nawet nie znajduję w nim właściwego adresu! Jest ciemno i orientuję się, że się zgubiłam!

cdn. 🙂

Leave a Reply